sobota, 21 września 2013

Dlaczego umierasz, Polsko?

Polska umiera, zresztą praktycznie cała Europa Zachodnia również. Pod względem liczby rodzących się dzieci zajmujemy aktualnie 212. miejsce na 224 kraje świata. Nad przyczynami ujemnego przyrostu naturalnego i sposobami zatrzymania tej niekorzystnej tendencji głowią się ponoć tęgie głowy, a tymczasem cała sprawa jest tak banalna, że można byłoby to ująć w pięciu zdaniach.

Pierwszą przyczyną jest przymus emerytalny. Po co ludzie chcieli niegdyś posiadać liczne potomstwo? Ano między innymi po to, żeby ktoś zajął się nimi na starość, gdy nie będą już mieli siły pracować i zarabiać na własne utrzymanie. Mając to na uwadze, rodzice stawali na głowie, aby zapewnić dzieciom staranne wykształcenie i umożliwić zdobycie zawodu, a zarazem wychować na ludzi prawych i wrażliwych społecznie. A mogli sobie na to pozwolić, bo państwo nie kradło sporej części ich zarobków pod hasłem "przymusowa składka emerytalna". Pomijam tu już fakt, że przymus emerytalny urąga godności człowieka, stawiając go na równi z istotami niezdolnymi do abstrakcyjnego myślenia.

Drugą przyczyną natomiast jest zatrważająca ingerencja państwa w wychowanie dzieci. W Polsce na szczęście nie osiągnęła ona jeszcze tych rozmiarów, co w krajach skandynawskich, gdzie można trafić do więzienia za danie dziecku klapsa, ale i tak jest znaczna. To państwo decyduje na przykład, czy dziecko będzie uczyć się w szkole religii. Przyjdzie Palikot i zakrzyknie, że absolutnie nie, przyjdzie Kaczyński i napomknie, że może nawet trzy godziny tygodniowo przydałyby się, przyjdzie Niesiołowski i powie, że Macierewicz powinien się leczyć. I tak dalej. Państwo zadecyduje też, czy w szkole powinno być wychowanie patriotyczne i edukacja seksualna, jakie dziecko ma czytać książki, chodzić w mundurku czy bez... I długo można jeszcze tak wymieniać. Dzieci ma się także po to, jakkolwiek patetycznie to zabrzmi, żeby zmieniać świat. To bardzo proste. Jest dwoje ludzi, którzy wiedzą, co robić, żeby świat szedł w lepszym kierunku, niech spłodzą z pięcioro dzieci i przykładnie wychowają, a za kilkadziesiąt lat będzie już siedmioro ludzi właściwie myślących. I ich liczba będzie się systematycznie zwiększać. A po co mieć dzieci, skoro nie można ich nawet wychować po swojemu? Trochę sytuacja niewolnika, którego dzieciak i tak będzie zabawką pana. Oczywiście w naszym kraju sytuacja nie jest jeszcze taka zła, więc i problem nie tak wyrazisty, ale jak pomyślę sobie, że moje dziecko miałoby od najmłodszych lat przechodzić pranie mózgu i słuchać w przedszkolu bajek o dwóch królewiczach, co dzieje się już w państwach skandynawskich, to dwa razy zastanowiłbym się, czy na pewno chce mieć potomstwo.

Przyczyn niskiego wskaźnika przyrostu naturalnego jest zapewne wiele, ale wszystko tak naprawdę sprowadza się do tych dwóch. I wszelkie próby rozwiązania problemu, a właściwie jego ominięcia, lekceważące te kwestie, będą na dłuższą metę nieskuteczne. Niezależnie od tego, czy to będzie becikowe, ulga podatkowa czy rozmaite akcje, czasem niezłe, czasem dość przaśne, propagujące model rodziny wielodzietnej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz